Granica

W sobotę byliśmy z Eleną na weselu naszej znajomej z Bostonu. Impreza udana, choć bardzo wyjątkowa, bo wesele odbyło się tylko po to, aby zrobić zdjęcia dla urzędu imigracyjnego.. Na wszelki wypadek nie będę tu podawać nazwisk. Młoda para i większość gości ubrani byli jak na prawdziwą imprezę, która odbyła się w ich domu. Nie było profesjonalnego fotografa, jedynie małe kompakty, które ludzie przynieśli ze sobą. Nie było orkiestry, tylko muzyka z komputera. Był natomiast szampan, tort, rzucanie welonu i lodówka pełna alkoholu. Jednym z gości weselnych był również chłopak panny młodej, który nawet robił zdjęcia, jak ta była w objęciach pana młodego. Było zatem parę śmiesznych i parę naprawdę dziwnych sytuacji. Goście zrobili pannie młodej przysługę, by ta mogła przekonać urzędnika imigracyjnego, że jej związek oparty jest na miłości, co pozwoli jej ubiegać się o zieloną kartę, czyli legalny pobyt i pracę, a dzięki temu odwiedzić rodzinę po paru latach nieobecności.

Jak tak sobie człowiek o tym wszystkim pomyśli, to tak naprawdę coś tu jest nie tak. Dlaczego człowiek musi ubiegać się o pozwolenie na pracę? Dlaczego to jest przywilejem? Nie powinno być dokładnie odwrotnie? Można sobie tylko wyobrazić wiele innych kuriozalnych przedsięwzięć, w celu uzyskania takiego pozwolenia. Jak to jest, że jedni ludzie gotowi są czasem ryzykować własnym życiem, aby móc pracować w ludzkich warunkach, a drudzy, mając te warunki, żyją na zasiłkach? Znam historię paru ludzi, którzy dostali się do Stanów poprzez pustynną granicę z Meksykiem. Zapłacili $25k i przez trzy dni koczowali na pustyni, aby tu się przedostać i zarabiać jednego dnia tyle, ile wcześniej przez miesiąc. Ich następne pokolenia będą już pewnie żyły w słodkiej nieświadomości, bez stresu o przeżycie, a te historie po prostu przepadną w niepamięć. Myślę, że w Stanach takie historie rodzą się i giną każdgo dnia, ale czy tak musi być?

Zagadka

To zdjęcie zrobiłem tydzień temu, własnym kompaktowym aparatem. Jak myślicie, co to jest? :-)

Zagadka

No to dla ułatwienia..:

Pasta

W SaratodzeJestem w Bostonie już prawie trzy lata i jak do tej pory spotkałem bardzo niewielu Polaków. Znalazłem “polską” dzielnicę, polski sklep i kościół, ale nie jest mi to w żaden sposób po drodze. Dwa miesiące byłem tam z rodziną na mszy, przyszło całkiem sporo ludzi, ku memu zaskoczeniu większość stanowili młodzi, ale jakoś trudno zaczepić ludzi na ulicy :-) Od dłuższego czasu zabieram się do wyjścia na spotkanie PANO, Polish-American Networking organization, zrzeszającej młodych ambitnych Polaków i potomków Polaków w regionie Bostonu. Chcę się tam wybrać z Eleną, a jak do tej pory nie pasował jej żaden termin, bo ma do wieczora zajęcia na uczelni. Na szczęście ten temat kończy za 1.5 tygodnia i mam nadzieję, że w końcu się tam wybierzemy i zdam tu relację. Swiat jest mały, kto wie, może spotkam kogoś znajomego?

Od tygodnia mamy nowego współlokatora w mieszkaniu. Dave, barman, wyprowadził się w połowie kwietnia, a od początku miesiąca mieszka z nami Valeria, młoda Włoszka. Co prawda ona mieszka na poddaszu i dzielimy jedynie kuchnię, ale widujemy się dość często. Jak na razie na każdy obiad Valeria gotowała makaron, i jak tu ignorować stereotypy? :-) W moim pierwszym mieszkaniu mieszkali przede mną Włosi, w pamięci Brazylijczyków pozostali jako makaroniarze i amatorzy wina – codziennie w wielkim garze gotowali różnego rodzaju makarony dla całego domu (7 osób).

Z innej beczki, tydzień temu byliśmy z Eleny rodziną w Saratodze (patrz: fotka), blisko pola bitwy, gdzie w obronie amerykańskiej niepodległości walczył Kościuszko. Muszę przyznać, że zaskakująco wielu Amerykanów zna “Kosjiasko” (choć pewnie nie wiedzą, że to Polak) i w paru miejscach można znaleźć jego pomniki, tak jak ten w centrum Bostonu, w parku Boston Commons:

Kosciuszko w Boston Commons

Swoją drogą, Amerykanie (jak zapewne i wielu innych obcokrajowców) nie mają zielonego pojęcia, że Kopernik i Maria Skłodowska-Curie byli Polakami! Pewnie dlatego, że Kopernik znany jest tutaj jako Nicolaus Copernicus, a Skłodowska jako Maria Curie i uważana jest za Francuzkę. Pani Maria znana jest głownie z tego, że dostała dwie nagrody Nobla i zmarła na białaczkę spowodowaną najprawdopodobniej napromieniowaniem. Polecam Wam jednak niesamowite zdjęcia z Konferencji Solvay, policzcie ile dokładnie kobiet siedzi/stoi obok takich osobistości jak Einstein, Bohr, Lorentz, Heisenberg, Planck i wielu innych. Szacunek!

Zieloność

Od momentu, kiedy przyjechałem do Stanów na studia, zauważam w tutejszym społeczeństwie jedną zmianę – rosnąca wrażliwość na problemy środowiska. Na pewno w pewnej mierze przyczynił się do tego film Al’a Gore’a “The Inconvenient Truth”, film coraz bardziej kontrowersyjny, bo wielu naukowców kwestionuje tezy Gore’a, a sam Gore okazał się hipkrytą płacąc miesięczny rachunek za prąd w wysokości $2000 (my płacimy $50). Z resztą, im więcej czytam na temat “globalnego ocieplenia”, tym mniej wierzę w to, że do tego zjawiska przycznił się głównie człowiek. Coraz więcej naukowców uważa, że to normalny cykl życia Ziemii. Tak czy inaczej, samego ocieplania chyba nikt nie podważa, a to działa na ludzi – topniejące lodowce, łagdniejsze zimy, itp.

Od paru miesięcy Ameryka oszalała na punkcie “Green” – producenci wszelakiego sprzętu reklamują zieloność swoich produktów, od samochodów, komputerów po wielkie projekty jak elektrownie. We wszystkich wielkich sieciach sklepów nakłania się klientów do używania toreb wielokrotnego użytku (rozdają je za grosze, albo zupełnie za darmo), zastępując plastikowe reklamówki. I tu od razu pomyślałem sobie o moim dzieciństwie, kiedy było to rzeczą zupełnie normalną – dlaczgeo daliśmy się namówić do używania tych wszędobylskich, słabych i prześwitujących, plastikowych reklamówek? Pewnie dlatego, że nie były trendy.. Myślę, że za parę lat ludziom będzie wstyd nosić zakupy w plastiku – to tylko kwestia czasu.

Zieloność rozprzestrzenia się w tempie nadzwyczajnym, coraz bardziej popularne stają się panele słoneczne, samochody z alternatywnym napędem, na rynku pojawiło się kilkadziesiąt magazynów promujących zielone życie. W sklepach spożywczych pojawiło się mnóstwo produktów “organicznych” – czyli tzw. zdrowe jedzenie. Ten temat mnie mocno irytuje, bo czuje się jakby zaczęto produkować papierowe samchody, a te obecne reklamować jako “bezpieczne”. Jako dziecko mogłem zjeść jajko od kury, która żyła z tyłu domu i to było po prostu jajko. Dzisiaj to już nie jest jajko, to jest “cage-free all-natural egg”, bo kura nie stoi całe życie w jednym miejscu, ma dziób i nie jest faszerowana antybiotykami. To samo ma się warzyw i owoców, które w formie “organicznej” są 2,3 razy droższe od tych “zwykłych” – paranoja!

Zielonej rewolucji sprzyjają drakońskie ceny paliwa – dzisiaj $3.65, 2 lata temu $1.90, 6 lat temu $1. Amerykanie nie kupują już tak chętnie wielkich SUV-ów, tylko patrzą ile spala ich kompaktowy samochodzik. To jest bardzo widoczne w marketingu, gdzie MPG (miles per gallon) jest potężnie eksponowane. Ja sam inaczej jeżdżę – wolniej, wolniej się rozpędzam, staram się nie jechać kiedy nie jest to konieczne. I nie ja jeden zmieniłem swój styl jazdy. Coraz głośniej mówi się zatem o alternatywach dla ropy, np. biopaliwach, choć już dzisiaj wiadomo, że wykorzystywanie ziem uprawnych do produkcji paliw przyczyni się do podwyżek cen i braku żywności. Co pozostaje? Słońce, wiatr, woda – choć tam też pewnie znajdą się problemy… A co z atomem? Dlaczego tak mało się mówi o napędzie nuklearnym? Nie przeszkadzałoby mi jeździć samochodem z atomem – a portfel nie miałby już anoreksji :-)

Coraz większym problem na świecie staje się dostęp do wody pitnej. W samych Chinach dostępu do niej nie ma ok. 2 milionów ludzi. Poziom wody w rzece Colorado, która na tamie Hoover Dam produkuje energię dla południowego zachodu USA, spada każdego roku, jest to bardzo poważny problem i być może w przyszłości jedynym źródłem wody pitnej dla tego regionu będzie odsolona woda morska. A swoją drogą, wiecie, że ilość wody na Ziemii się nie zmienia? Zmienia się stosunek wody słodkiej do morskiej, ale nie całkowita objętość.

Zmienia się zatem świadomość Amerykanów, ludzie zaczynają traktować Ziemię jako dobro, które może się kiedyś wyczerpać, które trzeba umieć dzielić z innymi. Jeżeli jednak problemów będzie przybywać (a przy gigantycznej ekspansji Chin i Indii, pewnie będzie), ludzie – moim zdaniem – zaczną inaczej myśleć o potomstwie i będą sie zastanawiać, czy chcą aby ich dzieci żyły w takim świecie. I może właśnie taka postawa będzie ratunkiem dla przeludnionej Ziemii? Tak, wiem, są inne, dużo szybsze, metody.. :-/

Armageddon

Ostatnimi czasy w Polsce coraz częściej mówi się na temat budowy elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej, o udziale polskich wojsk w Iraku i Afganistanie. Polacy domagają się inwestycji, zniesienia wiz, itd. Amerykańskie media kompletnie ignorują ten temat, choć nie tylko ten. Przeciętny Amerykanin, który nie czyta, a jedynie ogląda show a’la CNN czy FOX, nie ma zielonego pojęcia, że w Afganistanie są inne wojska niż amerykańskie! Tak jak pokazują to wszelkie produkcje Hollywood, tylko Amerykanie ratują świat :-) Tutejszemu rządowi/mediom udało się kompletnie odizolować obywateli od zagranicznych tematów, a jeżeli takie są poruszane, to tylko dlatego, że mają z nimi bezpośredni związek, np. udział wojsk w Iraku – rosnące koszta wojny odbijają się na ekonomii. Tym, że buduje się jakąś tarczę, że Amerykanom pomagają jakieś małe i nieistotne państwa, nie powinno się zawracać ludziom głowy, niech wierzą, że Ameryka jest wielka i nie potrzebuje niczyjej pomocy. Niestety ta zupełna ignorancja społeczeństwa daje rządowi wolną rękę w działaniu poza granicami kraju, co zupełnie je kompromituje w oczach świata.

Country

Country to zdaje się jeden z niewielu gatunków muzyki, który nie rozprzestrzenił się poza granicami USA. Większość Amerykanów przypisuje tą muzykę farmerom, co w dużej mierze jest pewnie prawdą, dlatego młodzi ludzie często nie przyznają się do tego, że słuchają tej muzyki. Byłoby jednak ogromnym nadużyciem, gdyby ktoś porównał to do disco-polo, bo country to najczęściej śpiewana poezja, na dużo wyższym poziomie lirycznym niż jakakolwiek popowa nuta. Country ma też to do siebie, że jest bardzo amerykańskie – narodowe, specyficzne, pełne kolokwializmów, idiomów – trudne do zrozumienia jeżeli nie jest się Amerykaninem. Skąd to wiem? Elena jest wiernym fanem country :-) Ja się w to raczej nie wciągnę, bo nudzi mnie monotonia brzmienia, a słów po prostu nie doceniam, bo często nie rozumiem znaczenia, mimo iż rozumiem każde słowo. Popularność tej muzyki w danym regionie jest ściśle skorelowana z nastrojami politycznymi, nastawieniem do imigrantów, homoseksualistów, ekologów, posiadaniem broni, czy religijnością. I tak, solidny wokalista country musi być twardym facetem, z gnatem w kaburze i kapeluszem na głowie, wierzącym w chrześcijańskiego boga, co najmniej lekkim ksenofobem – w przeciwnym razie kariery nie zrobi. Fani country z reguły głosują na tego kandydata, który prezentuje podobne wartości – dlatego właśnie obecny prezydent miał tak silne poparcie na południu i w środkowym zachodzie USA, tam gdzie gęstość mała, imigrantów prawie wcale, a Bush to był swój chłop z rancza w Texasie..

42.195

Dwa tygodnie temu odbył się 112. Maraton Bostoński. Tym razem, nie oglądałem uczestników przed własnym domem, ale pojechałem z Eleną do centrum miasta zobaczyć ostatnie metry. Będąc już na miejscu dowiedziałem się, że jednym z uczestników tegorocznej imprezy był Lance Armstrong. Przez całe 42.195km kamery nie opuszczały go ani na krok, pewnie dzięki temu biegła wokół niego niezła grupka ludzi :-) Zwycięzca, Kenijczyk Robert K. Cheruiyot, wygrał te zawody poraz czwarty, tym razem inkasując pół miliona dolarów, zajęło mu to raptem 2:07:46 – w takim czasie to chyba nawet Exxon Mobil nie zarabia.. W pierwszej dziesiątce mężczyzn znalazło się 9 Afrykanów i dopiero dziesiąty był Amerykanin. Armstrong przebiegł maraton w 2:50:58, i to nie był jego pierwszy taki bieg, dwa razy biegł już w Nowym Jorku – imponujące biorąc pod uwagę wyniki w kolarstwie i pokonanie raka. Wrzuciłem na YouTube jego ostatnie metry w Bostonie, niestety jakość nie jest najlepsza – YouTube mocno kompresuje podesłane wideo, oryginalny plik miał 53MB:

Kiedyś myślałem, żeby zacząć trenować na maraton, ale to nie na moje siły.. 10km dałbym radę, ale 42 nie ma szans, nie przy mojej budowie. Dodatkowo, wczoraj przeczytałem, iż pewni naukowcy udowodnili, iż liczba komórek tłuszczu nie zmienia się w naszym ciele przez całe życie – one się tylko kurczą, lub rozszerzają – więc jaka tu motywacja!? Powiedzenie “spalanie tłuszczu” traci w tym momencie sens, bardziej odpowiednie byłoby “skurczanie tłuszczu” :-)

Nie tylko u nas

Po dwóch latach jeżdżenia Neonem na tablicach z NJ, postanowiłem zarejestrować go w MA. Miałem nadzieję, że tutejsza administracja umożliwi mi to w bezszelestny sposób, w końcu to tylko zmiana tablic pomiędzy stanami. Okazuje się, że w tych właśnie sytuacjach wynikają różnice pomiędzy stanami, które utrudniają zwykłym zjadaczom chleba życie.. Nawiasem mówiąc, Elena formalnie nie może kupić w Bostonie butelki piwa, ponieważ nie ma prawa jazdy z tego stanu i, wyobraźcie sobie, w jednym sklepie musiała okazywać się paszportem, we własnym kraju!

Zanim można zarejestrować samochód, trzeba mieć już na niego ubezpieczenie. Zacząłem właśnie od tego, niestety nie mając wielkiego pojęcia w temacie. Przez dwa dni rozmawiania z agentami, dowiedziałem się kilku rzeczy.. Jestem w grupie najbardziej niebezpiecznych kierowców (może po nowicjuszach), ponieważ jestem mężczyzną i mimo wieku wciąż jestem kawalerem (czyt. nie zależy mi na własnym życiu tak bardzo jak np. żonatemu). Moje doświadczenie z jazdy w Polsce (brak wypadków i mandatów) nie będzie brane pod uwagę, ponieważ w Polsce nikt nie jest w stanie wystawić mi takiego zaświadczenia. Eleny doświadczenie, która też będzie na polisie, nie będzie brane pod uwagę, bo pochodzi z innego stanu! Ceny ubezpieczenia zależą od miejsca zamieszkania, a ponieważ mieszkam w Bostonie, płacę najwyższą stawkę w MA. Znalazłem jedną firmę, która mimo wszystko uznała moje prawo jazdy jako doświadczenie, choć nie brali pod uwagę tego, że nie miałem nigdy wypadku i mandatu. Otrzymam również zniżkę za dobre stopnie :-) Ubezpieczenie kupiłem przez telefon, a dwa dni później miałem już dokumenty w skrzynce pocztowej. Musiałem udać się na inspekcję, gdzie zrobiono Neonowi sesje zdjęciową, ubezpieczalnia chce wiedzieć jaki jest obecny stan. Miesięczna stawka wyniosła $103, przez dwa lata zapłacę im wartość samochodu. Jest super.

Myślałem, że mając już ubezpieczenie, temat będzie prawie zamknięty. Oczywiście, myliłem się. Musiałem zapłacić podatek od sprzedaży, ponieważ Neon do tej pory oficjalnie do mnie nie należał. Na akcie własności wujek wpisał $1000, ale stan MA wyliczył, że Neon wart jest $3200 i skasował $160 podatku. Dodatkowo opłaty za akt własności, dowód rejestracyjny i blachy, razem $250.

Po rejestracji, miałem 7 dni na zrobienie przeglądu technicznego samochodu. Na szczęście można go zrobić na wielu stacjach benzynowych, więc tego samego dnia Neon miał przegląd. Podłączyli do komputera, wszystko ok, $29. Razem, $362. Do tego wszystkiego, podczas przeglądu spuścili na sam dół szybę, a ta nie chciała się zamknąć, bo zepsuł się elektryczny pstryczek. Musiałem szukać lokalnego dealera, bo w normalnych sklepach z częściami tego nie dostałem. Dealer skasował $13 i po pół godziny zmagania się, zainstalowałem nowy pstryczek. Już myślałem, że koszta się skończyły, kiedy wczoraj zauważyłem, że przepaliła mi się jedna z przednich żarówek halogenowych i trzeba dorzucić $10. Do tego paliwo kosztuje już $3.60 za galon!

Rejestrację trzeba odnawiać co dwa lata, przegląd co roku. Do tego, ubezpieczenie zmienia stawki co roku, biorąc pod uwagę jazdę. Urzędy komunikacji oferują ubezpieczalniom dostęp do centralnej bazy danych kierowców, gdzie rejestruje się każde przekroczenie, wypadek, itp. Poza tym, jak dojdzie do wypadku, zanim ubezpieczenie wypłaci swoje, zrobi wszystko, aby tego nie zrobić – czyli będzie szukać kłamstw w umowie. Ech, a człowiek chce tylko pojechać do pracy i zrobić zakupy…

Forrest Hills

ElenaskimosOd paru dni nie mieszka już z nami Tony Blair, w związku z czym zostaliśmy z Eleną jedynymi lokatorami pierwszego piętra. Jak na razie wspólne życie układa nam się bardzo pomyślnie, ani razu nie musiałem spać na kanapie :-) Na początku było trochę dziwnie, bo mieliśmy dużo przestrzeni i tylko parę mebli. Przez parę dobrych lat jedyne co potrzebowałem to biurko i łóżko. Nagle trzeba było wypełnić trzy pokoje, wypoczynkowy, kupić szklanki, sztućce, talerze, wieszaki, dywany… Heh, jakoś sobie człowiek wcześniej radził bez tego, a teraz jest to wszystko konieczne. To znak czasu..

W kącie bardzo świeża fotka Eleny, kryje w sobie parę ciekawych szczegółów. Choć Elena wygląda jak Eskimoska, kurtkę dostarczył polski producent Reserved ;-) Na zdjęciu (po kliknięciu) widać również mnie, przynajmniej moje zarysy, mam czarny kaptur na głowie. Do tego wszystkiego, fotka została zrobiona na cmentarzu! Zabrzmi to groteskowo, ale pojechaliśmy “zwiedzić” zabytkowy cmentarz Forrest Hills Cemetery, założony na początku XIX wieku. To potężna nekropolia, można tu znaleźć nagrobki bohaterów amerykańskiej wojny rewolucyjnej, o secesyjnej nie wspominając. Jakiś czas temu pisałem o ponurym cmentarzu-magazynie, Forrest Hills to jednak zupełnie inna bajka, to prawdziwe muzeum sztuki, pełne rzeźb i potężnych grobowców. Całość otulona pięknym krajobrazem: wzgórzami, stawem i wiekowymi drzewami. Ludzie przychodzą tutaj na spacery, nawet na piknik, do czego zachęca administracja ;-) Poniżej fotka, którą zrobiliśmy tam w styczniu.

Forrest Hills

:-/

W niesamowitym tempie polski parlament podpisał traktat reformujący… Przeczytanie tej notatki przyprawia mnie o dreszcze, przecież to jest jawna kpina! Teraz niech tylko szybko ratyfikują, a potem będziemy im dyktować warunki, kiedy nie będą już mieli prawa weta. Na naszych oczach politycy oddali naszą suwerenność w ręce socjalistyczno-biurokratycznego potwora, a w mediach mówią o jakimś sukcesie, o tym że nie będziemy pośmiewiskiem Europy. Niech mi tylko ktoś nie mówi, że nie mieliśmy innego wyjścia… Dramat. Ten cały parlament to banda baranów..