Neon zgasł.

Jak już wcześniej, co prawda telegraficznie, wspominałem, Neon odmówił nam usług. Po włożeniu w niego kolejnych pieniędzy, automatyczna skrzynia przestała.. zmieniać biegi – na pierwszym biegu daleko nie zajechałem.. Tym razem nawet do mechanika się nie pofatygowałem, bo w tym momencie było już jasne, że nie ma sensu respirować Neona. Przez dwa dni miałem fatalny nastrój, nie spodziewałem się, że te sprawy mogą tak mnie zdołować. Coż, długo mnie troski nie nękały, bo postanowiliśmy kupić zupełnie nowy samochód. Po wielu miesiącach zmagań z mechanikami i stresem przy każdym większym wyjeździe, byłem naprawdę zdeterminowany, aby kupić nowe auto. Zdecydowaliśmy się na Corollę 2009, kredyt na pięć lat – tym samym nasze narzeczeństwo nabrało jeszcze innego znaczenia :-) Prawie 4 i pół godziny spędziliśmy u dealera, byliśmy wykończeni po negocjacjach, ale było warto. Dealer wziął Neona za $900, a z ceną Corolli zszedł o 3 tysiące, dodatkowo otrzymaliśmy elektryczne szyby, zamek, klucz bezprzewodowy i zmieniarkę na 6 płyt, czego wcześniej nie chcieliśmy aby płacić mniej. Aby się upewnić, że mamy dobrą cenę, poszliśmy (dosłownie) do innego dealera Toyoty w okolicy, który nam powiedział, że jak mamy tak niską cenę, to mamy jechać i kupować go od razu, bo to jest cena po kosztach. I tak, od 25 czerwca przemieszczamy się w zupełnie innym wymiarze.. Teraz tylko trzeba zimę przejechać i jakoś mnie nie cieszy codzienne odśnieżanie samochodu i jeżdżenie na słonych drogach. Trudno, co robić.

U ornitologa

Tak było 7 czerwca tego roku, na szczycie góry Chocoura w stanie New Hampshire, w Białych Górach. Nie chce się wierzyć jak wiele dni już minęło od tego czasu. Tego dnia było bardzo duszno, na szczycie żerowały jakieś czarne muchy, które nam skutecznie przeszkadzały. Wyjątkowo długo wspinaliśmy się na szczyt, ale to nie było istotne, droga powrotna była początkiem zupełnie nowego etapu w naszym życiu.. Jedna z osób na szczycie zauważyła jak klękałem i szybko zapytała się, czy właśnie się zaręczyliśmy. Po usłyszeniu pozytywnej odpowiedzi, krzyknął do grona ludzi dookoła “oni się właśnie zaręczyli!” – i tak otrzymaliśmy grom oklasków i życzeń, w sumie bardzo miłe to było :) Elena była zaskoczona, ale bardzo wzruszona i szczęśliwa. Data, którą wybrałem jest wyjątkowa, bo czytając po angielsku wychodzi na June 7, 2008, czyli 06-07-08. Elena uwielbia tego typu “zbiegi okoliczności”, a mi będzie w przyszłości łatwiej pamiętać tę datę :)

Tymczasem teraz planujemy szczegóły wesela, które odbędzie się 20 czerwca przyszłego roku – w Polsce!

W telegraficznym.

Ach te lato.. Od ostatniego wpisu tak wiele się wydarzyło, że trudno będzie to wszystko ująć słowami, nawet nie wiem gdzie zacząć. 7 czerwca zaręczyliśmy się z Eleną i właśnie jesteśmy na etapie strategicznym odnośnie dalszych planów z dziedziny ornitologicznej. Jest wiele rzeczy do ustalenia, gdzie, kiedy, jak.. Dwa tygodnie po tym radosnym wydarzeniu, Neon znowu odmówił posłuszeństwa i tym razem postanowiliśmy zrezygnować kompletnie z jego usług. Wzięliśmy kredyt i kupiliśmy nowe auto, przepiękną, czarną Corollę. Tydzień po tym wydarzeniu mieliśmy w mieszkaniu gości – kuzyna Jacka i Roberta, a 24 lipca wyruszliśmy na wspaniałą podróż na zachodnie wybrzeże USA. W ciągu 3 tygodni przejechaliśmy ponad 11 tysięcy kilometrów, odwiedziliśmy 9 parków narodowych, przeszliśmy kilkadziesiąt kilometrów na szlakach turystycznych, zobaczyliśmy Seatlle, Vancouver, San Francisco, Salt Lake City i Las Vegas, a wszystko 4 aparaty cyfrowe zarejestrowały w zaledwie 20GB zdjęć. Jak widać, jest o czym pisać.. Pytanie, czy po tak długiej przerwie, są tu jeszcze chętni czytać.. Czekam na odzew, choćby anonimowy! Niebawem postaram się umieścić parę kluczowych fotek – parę z nich spoczywa już w ramionach Facebook’a i Naszej-Klasy.

Donald, Donald, pamiętam …

W rytmie “Jolka, Jolka, pamiętasz…” Budki Suflera, znalezione na pewnym blogu:

Donald, Donald,
pamiętam, że miał być cud,
rządzisz krajem bardzo źle,
przerwij to  choćby zaraz,
coś w końcu zrób,
nie przeciągaj już struny, o nie.

siejąc wciąż popelinę,
nie śpisz co noc,
trzymasz rezon ostatkiem sił,
kochasz bardzo się w sobie
skąd siły wziąć,
by przetrzymać z Tobą te dni

z marzeń nic nie zostało,
pomysłów już brak,
do poduszki mam wciąż gorsze sny
powiedz choć jeden raz, tak albo siak
każdy waria(n)t jest lepszy niż Ty

ref.
znów wyrzucałem, sobie dziś nad ranem,
motyw mnie  ganiał;  po co Ci głos dałem
czyżby to było  mózgu zaćmienie
następne będzie, może za sto lat …

ławą  szli statystycy, a wynik  w dół,
wciąż spadając, by niżej spaść
czułeś przecie, że tracisz za gruntem grunt,
w oczach Twoich już czaił się strach …

rząd Twój wielbi  reklamę i parcie na szkło,
notowania miał kiedyś jak sen,
ciągła wiara w sondaże zgubiła go,
naród nie był już z Tobą, o nie …

ref.
znów wyrzucałem, sobie dziś  nad ranem,
motyw mnie  ganiał;  po co Ci głos dałem
czyżby to było  mózgu zaćmienie
następne będzie, może za sto lat …

w wielkiej żyliśmy traumie przez długi czas
i patrzyliśmy na cudzy ląd
czarodziejka nadzieja kusiła nas,
by na zawsze raz dać nogę stąd …

powiedz Donku, czy ciągle musi tak trwać,
czym to skończy się też nie wie nikt
co masz zrobić już pewnie człowieku wiesz sam,
a, że nie da się, proszę nie wmawiaj mi …

Szuflandia

Zapewne wszyscy widzieliście w amerykańskich filmach szkolne autobusy – żółte, ogrągłe, wielkie. Zwożą dzieciaków do szkół – od podstawowych (elementary), przez gimnazja (middle) do średnich (high). Wszystkie kursują w obrębie swojego okręgu szkolnego (school district). Dlaczego o tym piszę? Te okręgi szkolne, moim zdaniem, kompletnie zaszufladkowały tutejsze społeczeństwo, i co gorsza, z danej szufladki coraz ciężej się wydostać. Już tłumaczę.. W Polsce, a przynajmniej tak było za moich czasów, jedyną szkołą której się nie wybierało była podstawówka, do liceum (a dzisiaj i do gimnazjum) trzeba było się dostać – zdać egzamin, złożyć świadectwo, itd. To powodowało, że wyścig szczurów zaczynał się nieco wcześniej i niektórzy ludzie, którym podwinęła się noga, nie dostali się do dobrej szkoły. Z drugiej strony, wielu ludzi mogło uczyć się już zawodu w młodym wieku i wkrótce iść do pracy. Z mojego doświadczenia tych poszkodowanych wielu nie było, przeważnie ci zdolni dostawali się do dobrych szkół i potem szli na studia.

W Stanach ta sytuacja wygląda nieco inaczej, szkoły się nie wybiera, jest się przydzielanym na podstawie miejsca zamieszkania, ale co ciekawe, ma to miejsce aż do liceum! Równy dostęp do szkół rozpoczyna się dopiero na etapie wyższym, gdzie obowiązuje ścisła selekcja głównie na podstawie testów SAT (“esejti”, nie “sat”), odpowiadającym naszej maturze. No i teraz do czego ten system doprowadził.. Ludzie zamożni kupują domy tylko tam, gdzie są dobre szkoły, przez co wartość ziemii jest wprost proporcjonalna do poziomu szkół w przynależnym dystrykcie. Dalej, te szkoły otrzymują więcej pieniędzy i mogą pozwolić sobie na dużo lepszą infrastrukturę i kadrę, a dzięki temu przyciągają do siebie więcej mieszkańców. Ludzie mniej zamożni oczywiście kupują nieruchomości w miejscach, gdzie ziemia jest tańsza, a tam przeważnie jest dużo niższy poziom nauczania. I tak, dobre licea na przedmieściach mają baseny, korty, siłownie, wszelkie możliwe boiska, zespoły sportowe grające w krajowych ligach, wyjazdy za granicę, eksperymenty chemiczne, elektroniczne, przedstawienia teatralne, i przede wszystkim wysoki poziom nauczania. W dobrych liceach można brać kursy na poziomie Advanced Placement (AP), które są uznawane przez wiele szkół wyższych jako kursy na poziomie uniwersyteckim, dzięki czemu można wcześniej i taniej skończyć studia. Drugi biegun nietrudno sobie wyobrazić, szkoły w biednych częściach miasta, z jednym boiskiem do kosza, z większą ilością przemocy, narkotyków, fatalną kadrą. Co prawda, wszystkich uczy się pod zdawanie testów i niestety tutejsza edukacja przeważnie nie uczy myślenia, ale zdawania testów, ale różnice pomiędzy niektórymi szkołami bywają ogromne.

Moim zdaniem, właśnie ten system edukacyjny spolaryzował strukturę dzielnic miast. Prawie wszyscy obcokrajowcy, których tu spotkałem, nie mogli się nadziwić jakie są ogromne różnice pomiędzy dzielnicami Bostonu. W jednej syf, bieda, ledwo stojące domy, same domy wielorodzinne, strach chodzić po ciemku. W drugich szerokie ulice, piękne wille, przepych. Często granicę można wskazać palcem – po jednej stronie ulicy domy stoją o metr od siebie, po drugiej, o 5 metrów. Na pewno zaraz ktoś skomentuje, że u nas też są biedniejsze i bogatsze dzielnice – zgoda, ale to nie to samo, nie na takim poziomie. Dodatkowo, prawda jest taka, że im bogatasza dzielnica, tym mniej imigrantów i tym więcej ludzi białych – tego tutaj oczywiście nikt głośno nie powie, bo zaraz będzie nazwany rasistą.

No i teraz do sedna. Rodzi się człowiek, w szufladce. Jaką ma szansę na wyjście do szufladki wyżej? W każdym kraju jest trudno o taki awans, ale tutaj system edukacyjny po prostu nie ma litości. Ludzie mało zamożni chodzą do słabych szkół, mają dużo częściej i wcześniej do czynienia z przemocą, przeważnie nie idą na studia – bo sobie nie dają rady, bo ich nie stać na taki luksus. Kiedy mówię Amerykanom o mojej “teorii”, najpierw zaczynają bronić tej rzeczywistości, argumentacja jest zawsze taka sama – każde dziecko powinno mieć szansę dostać się do dobrej szkoły, i gdyby egzaminy były już od gimnazjum, to wielu byłoby straconych, bo akurat nie są dobrzy w testach, bo mieli słaby dzień, itd. A tak, mówią, dostają się do szkół, gdzie są lepsi od nich, podciągają się i dają z siebie więcej. Na co ja od razu mówię, że przecież to nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ten system właśnie nie daje szans dzieciakom, które urodziły się w kiepskim miejscu. No i wtedy zaczynają kiwać głowami.. Swoją drogą, tu nie ma zawodówek, techników, czy liceum profilowanych – każdy powinien mieć szansę na ogólnokształcenie – czy to ma sens?

Mój znajomy niebawem będzie kupować tutaj dom. Kryterium numer jeden jest oczywiste – najlepszy dystrykt szkolny w okolicy. Skąd wiadomo, gdzie ich szukać? Amerykanie uwielbiają statystykę, rankingi zaczynają się od przedszkoli! Zamieszkają obok ludzi z podobnym dochodem, podobnym ilorazem inteligencji, ich dzieci pójdą do najlepszych szkół, otrzymają szansę na świetne wykształcenie, dostaną się na najlepsze szkoły w Stanach, pójdą do pracy i będą dobrze zarabiać, aż w końcu sami kupią dom na podobnym osiedlu z myślą o swoich dzieciach. I tak w kółko, w szufladce.

Gentlemen only, Ladies forbidden

W niedzielę pojechaliśmy z Eleną do Springfield, MA na nietypową imprezę. Znajomy z pracy zorganizował u siebie przyjęcie golfowe :-) Ponieważ jest pasjonatą tego sportu, od dłuższego czasu namawiał nas, abyśmy przyjechali spróbować paru uderzeń na tyłach jego domu. Muszę przyznać, że to bardzo fajna gra, wymagająca jednak dużo cierpliwości (i piłek) oraz zdolności manualnych. Nabrałem szacunku dla tygrysa z lasu. Mieliśmy okazję wypróbować parę różnych kijów, każdy przystosowany jest do innego uderzenia, ale różnią sie przede wszystkim tym, ile siły trzeba użyć oraz jak leci piłka – płasko, czy lobem. Jednym kijem nie trzeba było nawet uderzać, wystarczyło opuścić siłą ciężkości, a piłeczka leciała piękną parabolą. Nie jest to sport, w którym człowiek się wyjątkowo męczy, chyba że bieganiem za piłeczkami :-) Jest to jednak dość droga przyjemność, głównie dlatego, że grać można przeważnie tylko jeśli jest się członkiem klubu, a członkostwo kosztuje słono. Co ciekawe, golfiarze mają pewien ściśle określony styl ubioru, i np. pokazanie się na polu w dżinsach, lub miniówie to poważne (w tym gronie) faux pas. Po paru wskazówkach, moje uderzenia nabrały wdzięku, ale nigdy nie miałem kontroli nad tym jak daleko i w którym kierunku poleci piłka.. Co prawda żywiec nie pomagał w uczeniu, choć przynajmniej nie było nudno. Ktoś powiedział, że dopiero po pierwszych 3 milionach piłek można mówić, że się gra w golfa, także zostało mi tylko ok. 2,999,900 uderzeń…

Elena na naszej golfowej platformie..

PS. Neon już na czterech kółkach, przeżywa drugą młodość, tymczasem portfel pisze podanie o kroplówkę :/

Dość tego

Krótka przerwa na blogu wynikała z mojego kiepskiego nastroju.. a ten się popsuł, bo Neon sprawił mi wiele kłopotu, stresu i otworzył ramiona na kolejne dolary. W czwartek, jechałem na autostradzie i jak zwolniłem, aby przejechać przez bramki, zauważyłem przy rozpędzaniu, że automatyczna skrzynia biegów ma problemy ze zmianą biegów, Neon nie mógł prawie ruszyć, choć jak już jechał bez zmiany biegu, było ok. Pojechałem do sklepu z częściami i powiedzieli mi, że pewnie brakuje płynu do automatu, więc go dolałem, bo faktycznie brakowało. Myślałem, że temat będzie na jakiś czas zamknięty (choć ostrzegli mnie, że jak się skrzynia raz skonciła, to już lepiej nie będzie..), ale oczywiście się myliłem, to był zły dzień. Po przejechaniu paru minut wyskoczyła kontrolka z ikoną silnika, Neon zaczął piszczeć, wróciłem do sklepu. Podłączyli do komputera, problemy ze skrzynią i nic poza tym, jak będę już na autostradzie i na ostatnim biegu, to nic nie powinno się stać. Ok, wjechałem na autostradę, kontrolka się zapaliła, ale zignorowałem – jak wskazali. Po krótkim czasie Neon zaczął piszczeć, ale tym razem temperatura silnika podskoczyła do maksimum.. Myślałem, że już po Neonie, zjechałem do stacji benzynowej, Neon zgasł, spod maski wyleciał cieniutki dym. Otworzyłem maskę, przyjąłem nieprzyjemny zapach, postanowiłem Neona już nie ruszać.. Przyjechała laweta i 150km jechaliśmy z Neonem do Bostonu. W piątek rano przyjechał drugi laweciarz, wziął Neona do mechanika. Generalnie, spodziewaliśmy się najgorszego – kosztów naprawy przewyższających wartość samochodu. Miałem takiego doła, że nie miałem na nic ochoty.. Dzisiaj rano mechanik oświadczył, że uszkodziła się chłodnica i olej oraz płyn do automatu wyciekały, przez co biegi nie śmigały, a silnik się przegrzewał, $650 do naprawy, czyli dużo mniej niż się spodziewaliśmy, ale do cholery, to kolejne pieniądze które muszę wydać na Neona.. Na nowy samochód mnie nie stać, muszę naprawiać. Ech… nigdy więcej nie kupię amerykańskiego samochodu, następne kółka wyjadą od Toyoty.

Fast Food a’la Beijing

Dostałem dzisiaj od znajomej z pracy dokument ze zdjęciami z baru fast food w Beijing (Pekinie): Beijing Fast Food. Spodziewałem się egzotyków, ale to co zobaczyłem raczej przekroczyło moje “oczekiwania”. Mam przeczucie, że Europejczycy polecą na igrzyska z własnym prowiantem :) Swoją drogą, zastanawia mnie dlaczgeo w Polsce (i poza nią) nie ma polskiej sieci szybkiego jadła, a może już taka jest, tylko ja o niej nie wiem. Niestety, im dłużej jestem w Stanach, tym mniej wiem co nowego w kraju..

P…. h…….. ….. d

Pewnie wielu z Was zastanawia się jak idzie mi pisanie doktoratu. Mówiąc krótko, kiepsko, a nieco dłużej, dużo gorzej niż bym tego oczekiwał, a mówiąc bardzo długo, czasami poważnie się zastanawiam, czy podążam dobrą drogą ku przyszłości. Trzeci rok inwestuję w ten epizod, a doktorat niestety kształtu jeszcze nie ma. To zupełnie inna bajka niż pisanie magisterki, tutaj trzeba mieć solidne wsparcie teoretyczne (matematyczne), oryginalny pomysł, publikacje, itd. Moim problemem jest jednak chyba coś innego – nie wiem czy mam do tego odpowiednią naturę. Pierwsze dwa lata robiłem kursy na uczelni i to była świetna rzecz, bardzo wiele się nauczyłem i nabrałem pewności siebie w paru tematach. Ostatni rok jednak poświęcam tylko pracy i doktoratowi, a tu już nie ma żadnych wskaźników postępu, jak np. oceny. Wypłata, gwarantuje utrzymanie, ale mocno ogranicza i im człowiek poważniej zaczyna myśleć o swoim życiu, tym bardziej dokucza. Kiedy do tego dojdzie fakt, że przez ostatni rok miałem naprawdę wiele sytuacji, kiedy myślałem, że klucz do rozwiązania jest już ręku, a ten wymykał się w daleką czeluść, wypalała się we mnie motywacja. I to jest największe wyzwanie w tej pracy, walka ze sobą, znajdowanie motywacji do pracy bez gwarancji, że ta przyniesie oczekiwany skutek. Podobno, te rozważania nie są obce moim znajomym, którzy przebrnęli już przez tą szyjkę, a swego czasu myśleli o porzuceniu doktoratu. Jak do tej pory motywuje mnie najbardziej jeden fakt – jeżeli teraz odpuszczę doktorat, to już nigdy do tego nie wrócę, a nie chcę w przyszłości tego żałować. Jeżeli jednak pewnego dnia ta inwestycja zacznie przekraczać założony przeze mnie budżet czasowy, będę się mocno głowić, w którym kierunku kontynuować ten epizod…

Granica

W sobotę byliśmy z Eleną na weselu naszej znajomej z Bostonu. Impreza udana, choć bardzo wyjątkowa, bo wesele odbyło się tylko po to, aby zrobić zdjęcia dla urzędu imigracyjnego.. Na wszelki wypadek nie będę tu podawać nazwisk. Młoda para i większość gości ubrani byli jak na prawdziwą imprezę, która odbyła się w ich domu. Nie było profesjonalnego fotografa, jedynie małe kompakty, które ludzie przynieśli ze sobą. Nie było orkiestry, tylko muzyka z komputera. Był natomiast szampan, tort, rzucanie welonu i lodówka pełna alkoholu. Jednym z gości weselnych był również chłopak panny młodej, który nawet robił zdjęcia, jak ta była w objęciach pana młodego. Było zatem parę śmiesznych i parę naprawdę dziwnych sytuacji. Goście zrobili pannie młodej przysługę, by ta mogła przekonać urzędnika imigracyjnego, że jej związek oparty jest na miłości, co pozwoli jej ubiegać się o zieloną kartę, czyli legalny pobyt i pracę, a dzięki temu odwiedzić rodzinę po paru latach nieobecności.

Jak tak sobie człowiek o tym wszystkim pomyśli, to tak naprawdę coś tu jest nie tak. Dlaczego człowiek musi ubiegać się o pozwolenie na pracę? Dlaczego to jest przywilejem? Nie powinno być dokładnie odwrotnie? Można sobie tylko wyobrazić wiele innych kuriozalnych przedsięwzięć, w celu uzyskania takiego pozwolenia. Jak to jest, że jedni ludzie gotowi są czasem ryzykować własnym życiem, aby móc pracować w ludzkich warunkach, a drudzy, mając te warunki, żyją na zasiłkach? Znam historię paru ludzi, którzy dostali się do Stanów poprzez pustynną granicę z Meksykiem. Zapłacili $25k i przez trzy dni koczowali na pustyni, aby tu się przedostać i zarabiać jednego dnia tyle, ile wcześniej przez miesiąc. Ich następne pokolenia będą już pewnie żyły w słodkiej nieświadomości, bez stresu o przeżycie, a te historie po prostu przepadną w niepamięć. Myślę, że w Stanach takie historie rodzą się i giną każdgo dnia, ale czy tak musi być?