Ten wpis miał się pojawić na blogu 4 miesiące temu, kiedy historia naszego lotu z Europy do Stanów jeszcze we mnie wrzała. To był najgorszy lot z pośród wszystkich do tej pory, i wcale nie otrzymał tego miana na podstawie jakichś problemów technicznych w powietrzu. Zacznę od tego, że lot z Berlina do Bostonu, z przesiadką w Paryżu powinien trwać ok. 9-10 godzin, a skończyło się na 48-iu..
To był początek stycznia i akurat tej nocy, w której jechaliśmy od rodziny w Zielonej Górze do Berlina, nad zachodnią Polską i wschodnimi Niemcami szalała śnieżyca. Z Zielonej Góry wyjeżdżaliśmy ok. 4 nad ranem, samolot wylatywał z Berlina o 9:30. Ta trasa, w normalnych warunkach, powinna nam zająć nie więcej niż 4 godziny, więc mieliśmy pewien zapas czasu. Niestety, śnieżyca rozhulała się na dobre, zaskoczyła zielonogórskich drogowców i przejazd przez samo miasto był taneczny, dopiero na trasie zobaczyliśmy asfalt.. Jechaliśmy ostrożnie do granicy z Niemcami mając pewność, że niemieccy drogowcy nie zostali zaskoczeni i na autobahnie popędzimy lewym pasem prędko do celu. Po jakimś czasie okazało się, że drogowcy za miedzą faktycznie nie byli zaskoczeni, ale.. postanowili o 6 nad ranem zamknąć jeden z dwóch pasów i tam dopiero utknęliśmy na dobre, jadąc 30-tką za pługiem. Kiedy autostrada nareszcie otworzyła pełną gębę i mogliśmy nadrobić zaległości (GPS był w tych chwilach okrutny ze swoją prezycją czasu przyjazdu do celu), na mokre drogi wyjechało poranne towarzystwo zmierzające ku pracy w stolicy, no i utknęliśmy ponownie. Tego chyba nie da się opisać, do tego wszystkiego mój stres był spotęgowany potrzebą, której nie mogłem zrealizować będąc w korku i nie mając na to absolutnie czasu! Na lotnisko dojechaliśmy parę minut po 9-tej, byłem już przekonany, że na samolot się nie dostaniemy. Na domiar wszystkiego, zmarnowaliśmy kolejnych parę minut szukając odpowiedniej bramki. Suma sumarum, udało nam się zalogować i to chyba tylko dzięki temu, że samolot miał 30-minutowe spóźnienie. Kiedy oddaliśmy nasz bagaż dalej nie mogłem uwierzyć, że się udało.. Wtedy jednak nie miałem pojęcia, że nasza długa podróż dopiero się zaczęła…
Lot do Paryża odbył się bezproblemowo, ale już zaraz po lądowaniu zaczęły się cyrki.. Lotnisko Charles’a de Gaulle jest ogromne, ale moim zdaniem kiepsko zorganizowane. Mimo spóźnienia w Berlinie, wciąż mieliśmy 1.5 godziny na przesiadkę, ale samolot na przykład zmarnował 30 minut dojeżdżając z pasa startowego do terminalu! Następnie okazało się, że aby przejechać z tego miejsca do naszego terminalu, skąd odlatywał samolot do Newarku, musieliśmy odbyć odprawę celną i pojechać autobusem.. Kierowca autobusu, nie wiedzieć czemu, otwierał tylko jedne drzwi (pomimo próśb pasażerów o otwarcie pozostałych) i kiedy tłum ludzi z podręcznymi walizkami przepychał się do wyjścia, kolejne minuty uciekały.. Terminal okazał się potężny, ok. kilometra długości! Nasza bramka oczywiście nie była blisko, a Francuzi zdążyli nam zrobić jeszcze jedną kontrolę osobistą i bagażu. Byliśmy ostatnimi pasażerami wpuszczonymi na pokład, udało się..
Krótko po tym jak zajęliśmy bardzo dobre miejsca na pokładzie, zdjęliśmy buty, rozłożyliśmy się w błogim spokoju, wciąż nie wierząc, że nam się udało dostać na tem samolot. Wkrótce poinformowano nas, że z powodu warunków atmosferycznych mamy godzinne opóźnienie. Za oknem faktycznie było widać jak pada śnieg, ale to już nie była żadna śnieżyca, śniegu było może 2 centymetry na płycie. Miałem w ręku książkę, stewardessy podały nam napoje, było błogo. Wychodziliśmy z założenia, że skoro nas wpuścili na pokład, to przecież w końcu polecimy, a spóźnienie to już mniej istotna rzecz. Kiedy dobiegł końca czas spóźnienia, pilot poinformował nas, że załoga usuwa lód z pasa startowego i, że za 1-2 godziny polecimy. To już nas zaczęło trochę martwić, ale cóż, stewardessy podały obiad, wino, puścili film, znowu było błogo, mimo że od 4 godzin siedzieliśmy w samolocie, a samolot w terminalu jak kura na grzędzie. Niestety, po upływie kolejnych 30 minut pilot ogłosił, iż lot zostaje anulowany, a stewardessy poinformują nas co mamy robić dalej. Przez 10-15 minut ludzie siedzieli, pakowali podręczne bagaże, ale w sumie nikt nie wychodził, aż w końcu ktoś podłapał, że musimy opuścić pokład i załatwić sobie nowe bilety w terminalu…
Zmęczenie dawało nam się powoli odczuć, to już była godzina 18, a my od 3 nad ranem byliśmy na chodzie. Teraz do tego uczucia doszedł stres i przede wszystkim brak informacji. W owczym pędzie doszliśmy do dużego pomieszczenia z biurem obsługi klientów Air France. Jak się później dowiedzieliśmy, tego dnia anulowano 15 innych lotów zagranicznych – w tej jednej sali znalazło się ok. 2-3 tysięcy ludzi, z płaczącymi maluchami, krzyczącymi dziećmi i zmęczonymi ludźmi, którzy chcieli się jakoś stąd wydostać. Elena znalazła nowo otwartą kolejkę i już po 40 minutach byliśmy czwarci w kolejce do pracownika AF (kolejek było kilkanaście, w każdej po kilkadziesiąt osób). Czwarci w kolejce, ileż można czekać? Dwie godziny! Tyle czasu minęło, zanim mogliśmy cokolwiek załatwić, bo każdy pasażer przedstawiał całe grupy i każda osoba wymagała osobnej uwagi. Podczas tych dwóch godzin irytacja i zażenowanie sytuacją wzbierały się u wszystkich obecnych, dochodziło do wielu nieprzyjemnych sytuacji – nie stałeś tutaj, ja mam tylko jedno pytanie, to moje miejsce, itd…Ale najbardziej irytował nas fakt, że wg plotek nie było już miejsc w hotelach i może być bardzo ciężko znaleźć sobie miejsce na samolocie następnego dnia… Hotele faktycznie zostały już wypchane, ale miejsce na samolocie się dla nas znalazło. Tutaj zastanwia mnie tylko jeden fakt – anulowano 15 lotów, ale ani jednego nie stworzono, więc te 2-3 tysiące osób musiano gdzieś upchać! Jak to w ogóle możliwe? Nasz lot okazał się tym samym, którym mieliśmy polecieć tego dnia. Pozostało jedynie spędzić noc w terminalu…
Według zapewnień biura obsługi klienta, mieliśmy otrzymać koce, wodę, jedzenie, a sklepy na terminalu pozostaną otwarte dłużej. Okazało się, że za obiad miała nam wystarczyć kanapka i herbata, a śniadanie ciastko i herbata. Koce Elena gdzieś znalazła, wodę przypadkowo dostała od stewardessy innego lotu i tyle. Pozostało nam położyć się na wykładzinie, przykryć kocem i w taki właśnie sposób spędzić romantyczną noc w Paryżu.. Oczywiście rozważaliśmy wyjazd do miasta, ale było już bardz późno i byliśmy przemęczeni.
Następnego dnia okazało się, że nasz samolot jest spóźniony o 2 godziny.. W tym momencie to już nie miało wielkiego znaczenia, martwiliśmy się jedynie o to, czy w ogóle polecimy. Po kolejnej odprawie!! dostaliśmy się na pokład i samolot wystartował…. Już byłem skłonny przełknąć irytację i zapomnieć o wszystkim, kiedy z naszymi głowami podniosły się wrzaski(to ponoć był płacz, ale ja bym to zakwalifikował jako agonoalny krzyk) trzech rozpieszczonych maluchów. Bite 8 godzin albo jeden z nich ryczał jak wół, albo drugi kopał nasze siedzenia kolanami. W końcu zebrało mi się i powiedziałem parę słów, spodziewając się usłyszeć jedno „przepraszam”, choć jedno zadośćuczynienie… Francuska para przyjęła jednak moją skargę jako potwarz i stwierdzili, że robią wszystko co mogą, aby je uspokoić. Uwierzcie mi, ja takich małych drapieżników nie widziałem w całym życiu, a leciałem samolotem już wiele razy. Są sposoby, aby dziecko przynajmniej na 10 minut uspokoić! Nic to oczywiście nie pomogło i we wrzasku wylądowaliśmy w Newarku.
40 minut czekaliśmy na przyjazd bagażu, który Air France po prostu zgubił. Nie tylko nasz bagaż, ale wszystkich osób w naszej sytuacji (znaliśmy już parę osób, a niektóre po prostu rozpoznaliśmy), został w Paryżu. Mi jeszcze przytrafił się nieprzyjemny incydent z celnikami, którzy trzymali mnie pół godziny nie tłumacząc dlaczego (czułem się jak ubogie dziecko, które prosi o azyl..), bo chcieli sprawdzić czy ja faktycznie robię tutaj doktorat, taki kaprys. Trzeba było zgłosić zaginięcie bagażu, 50 minut czekania w kolejnej kolejce!!
Do Newarku przyjechał po nas mój wujek, w drodze do jego domu, gdzie stał nasz samochód, zaczął padać zamarzający deszcz, Amerykanie mówią na to burza lodowa… A tego dnia mieliśmy jechać prędko do Bostonu (ok 400km) i wrócić do naszych obowiązków. Nic z tego, ledwo wszedłem do domu, przewracając się dwa razy na podjeździe, tak było ślisko. Drzewa wyglądały jakby były zrobione ze szkła. Następnego dnia mogliśmy wyruszyć w drogę, choć z powodu kiepskich warunków jechaliśmy godzinę dłużej niż zwykle.
Uff, po 48 godzinach dotarliśmy do Bostonu. Dopiero tydzień (sic!) później nasze bagaże przywiózł kurier – sponiewierane i brudne, choć w komplecie i bez ubytków. Byliśmy już przekonani, że przepadły na dobre.. Choć opowieść zrobiła się bardzo długa, i tak pominąłem wiele szczegółów i osób, które spotkaliśmy na drodze. Po tym wszystkim doszliśmy do wniosku, że już nigdy więcej nie polecimy z Air France i z międzylądowaniem w Paryżu.