W sobotę byliśmy z Eleną na weselu naszej znajomej z Bostonu. Impreza udana, choć bardzo wyjątkowa, bo wesele odbyło się tylko po to, aby zrobić zdjęcia dla urzędu imigracyjnego.. Na wszelki wypadek nie będę tu podawać nazwisk. Młoda para i większość gości ubrani byli jak na prawdziwą imprezę, która odbyła się w ich domu. Nie było profesjonalnego fotografa, jedynie małe kompakty, które ludzie przynieśli ze sobą. Nie było orkiestry, tylko muzyka z komputera. Był natomiast szampan, tort, rzucanie welonu i lodówka pełna alkoholu. Jednym z gości weselnych był również chłopak panny młodej, który nawet robił zdjęcia, jak ta była w objęciach pana młodego. Było zatem parę śmiesznych i parę naprawdę dziwnych sytuacji. Goście zrobili pannie młodej przysługę, by ta mogła przekonać urzędnika imigracyjnego, że jej związek oparty jest na miłości, co pozwoli jej ubiegać się o zieloną kartę, czyli legalny pobyt i pracę, a dzięki temu odwiedzić rodzinę po paru latach nieobecności.

Jak tak sobie człowiek o tym wszystkim pomyśli, to tak naprawdę coś tu jest nie tak. Dlaczego człowiek musi ubiegać się o pozwolenie na pracę? Dlaczego to jest przywilejem? Nie powinno być dokładnie odwrotnie? Można sobie tylko wyobrazić wiele innych kuriozalnych przedsięwzięć, w celu uzyskania takiego pozwolenia. Jak to jest, że jedni ludzie gotowi są czasem ryzykować własnym życiem, aby móc pracować w ludzkich warunkach, a drudzy, mając te warunki, żyją na zasiłkach? Znam historię paru ludzi, którzy dostali się do Stanów poprzez pustynną granicę z Meksykiem. Zapłacili $25k i przez trzy dni koczowali na pustyni, aby tu się przedostać i zarabiać jednego dnia tyle, ile wcześniej przez miesiąc. Ich następne pokolenia będą już pewnie żyły w słodkiej nieświadomości, bez stresu o przeżycie, a te historie po prostu przepadną w niepamięć. Myślę, że w Stanach takie historie rodzą się i giną każdgo dnia, ale czy tak musi być?