Mam wrażenie iż właśnie dokonuje się pewna socjalna rewolucja, a co najmniej nowe społeczne zjawisko. Jestem ciekaw czy już słyszeliście o Second Life, wirtualnym świecie, który tak naprawdę nie jest grą komputerową, ale symulacją świata rzeczywistego. Możecie się tam bezpłatnie zalogować, zbudować własną postać i działać: kupić wirtualną ziemię, wynajmować wirtualne mieszkanie, chodzić na wirtualne koncerty rzeczywistych artystów, mieć podpisywane wirtualne książki przez awatary prawdziwych autorów, oglądać telewizję, reklamy, chodzić do barów, klubów, kupować ubrania, samochody, statki kosmiczne, latać, poznawać ludzi, umawiać się na randki, chodzić do wirtualnych biur obsługi klienta wielu znanych firm, odwiedzać ambasady obcych krajów, słowem wirtualnie żyć. Tak jak w prawdziwym życiu, do wielu uciech potrzebne są pieniądze, w SL używa się Linden Dollars. I tu następuje pewne złączenie rzeczywistości z wirtualnym światem, te pieniądze mają swój kurs w dolarach, i aby ich używać w grze, trzeba wydać prawdziwe pieniądze. Można również w ten sposób zarabiać, sprzedając wirtualne obiekty i wymieniając Lindeny na Waszyngtony. Coraz więcej firm powstaje, które prowadzą interes właśnie w taki sposób, działając jedynie w materii cyfrowej. Na czym polega sztuka tworzenia obiektów? Trzeba umieć programować w prostym języku skryptowym i mieć smykałkę do obróbki grafiki. Tu jest pewien fenomen, jeżeli zbudujesz maszynę z napojami, możesz ją sprzedawać nieskończenie długo nie ponosząc żadnych dodatkowych kosztów, bo materiał na jej zrobienie jest bezpłatny.

Gwoli jasności, nie zalogowałem się ani razu do SL, mnie osobiście przeraża taki świat, bo ludzie sami zamieniają się w bateryjki z Matrixa i żyją światem, który tak naprawdę nie istnieje. Mój współlokator, Rodrigo, strasznie się w to wkręcił, spędza nad tym wiele godzin. Precyzyjniej byłoby powiedzieć, parę godzin żyje w rzeczywistości. Otrzymał niedawno ofertę pracy, będzie budować wirtualne obiekty i otrzymywać miesięczną wypłatę w Lindenach. Mam wrażenie iż SL buduje fundament pod socjalną rewolucję, pewnie długo nie będziemy czekać, aż pojawi się wirtualna policja, rząd, może wojsko. Wirtualne szkoły, poradnie, prawnicy, itd. Niedawno w Belgii doszło do precedensu, jeden z użytkowników SL dopuścił się wirtualnego gwałtu na drugiej osobie/awatarze. Politycy zastanawiają się jak zmienić prawo, aby można takie osoby sądzić, dziś pewnie jeszcze w rzeczywistym świecie, niebawem pewnie w wirtualnym. Niektóre państwa pootwierały placówki dyplomatyczne w SL, politycy organizują wiece wyborcze, firmy marketingowe pompują coraz większe pieniądze w wirtualną reklamę prawdziwych produktów. Pojawia się pytanie – ku czemu to wszystko zmierza? Jaką część społeczeństwa czeka nieustanna wegetacja przed monitorem? Linia pomiędzy jednym a drugim światem zaczyna się zacierać…

Oczywiście nie widzę samych złych aspektów SL. Myślę, że jest to świetna forma interakcji dla ludzi, dla których rzeczywista interakcja nie jest możliwa, np. ze względów zdrowotnych. SL może być piaskownicą dla powstania kreatywnych projektów, np. architektonicznych, budowlanych. SL może również dodać koloru tekstowym chatom, szczególnie dla tych, którzy na chatowanie są skazani. Ale czy warto? Czy to jest kierunek, w którym ludzkość chce podążać? Nie potrafimy sobie radzić z rzeczywistością, więc szukamy szczęścia w cyfrowych realiach? Tu zawsze można się rozłączyć, zniknąć, milczeć. Można również robić to, na co w normalnym życiu nie jest nas stać, np. kupić własną wyspę i leżeć na hamaku pod kokosem. Jak na razie, nie zapisuję się do SL. Liczba użytkowników rośnie eksponencjalnie, obecnie jest ich ok. 6mln, w listopadzie był ich niecały milion. Co ciekawe, Europejczyków jest 3 razy więcej niż Amerykanów, najliczniejszą grupę stanowią Niemcy. Mnie na razie nikt do tego nie przekonał, i tak mam za dużo do czynienia z monitorem, a kalorii w wirtualnym świecie nie spalę :)