Trzy tygodnie temu wybrałem się na wyprawę pod tytułem „Whale Watch”, czyli Obserwacja Wielorybów. Statek, który zabiera na pokład ok. 150-200 osób, wypływa od brzegu na odległość ponad 30 mil (~50km). Organizator imprezy, bostońskie oceanarium, nie gwarantuje, że jakiś wieloryb się pojawi, ale w przypadku zupełnego braku szczęścia, zachowuje się bilety. Ten aspekt bardzo mi się spodobał, to nie było jak wyprawa do ZOO, a raczej jak wodne safari..Po godzinie od wypłynięcia z portu, zaczęliśmy oglądać się za jakimś wielorybem. Czułem się jakbym zbierał grzyby w lesie :) Aby mieć najlepszy widok, siedziałem na najwyższym pokładzie. Przechodziłem z jednej burty na drugą rozglądając się za jakąś płetwą, i w tym momencie przyszła większa fala, straciłem balans i poleciałem przed siebie. Tak niefortunnie się złożyło, że zęby wylądowały na metalowej poręczy i kawałek mojej jedynki od tego czasu spoczywa na dnie Atlantyku…Ten incydent zdecydowanie obniżył poziom ekscytacji głównym wydarzeniem, choć mimo wszystko zarejestrowałem parę ciekawych zdjęć, bo krótko po tym upadku w pobliżu statku pojawiła się grupa uroczych wielorybów. Wypływały na parę minut i wyglądały dokładnie tak jak to widać na filmach a’la National Geographic – fontanny wody, a później typowy nurek z olbrzymią płetwą ogonową w powietrzu. Wieloryby nurkowały na 10-15 minut i przez ten czas kapitan wypatrywał, gdzie wypłyną następnym razem. Czasami wypływały tuż obok nas, a czasami wypływały tak daleko, że zanim do nich dopłynęliśmy, już ich nie było na powierzchni. Wiele osób miało problemy z żołądkiem od nieustannych fal – jedna burta była praktycznie okupowana przez posiadaczy papierowych torebek (tytek :)). Podczas tego rejsu zdałem sobie sprawę z tego, iż nigdy nie byłem „tak daleko” od brzegu, chyba lepiej czuję się na lądzie..