Mieszkając w Stanach człowiek nieustannie napotyka jedno nazwisko – Washington. W każdym mieście znajduje się jakaś arteria o tym nazwisku, facjata Jurka spogląda codziennie na tysiące ludzi trzymających w ręku jednodolarowy banknot, lub wszechobecne ćwierćdolarowe monety, stolica kraju oraz jeden ze stanów (ze słynnym Seattle) nosi jego nazwisko. Dwa tygodnie wspinałem się na górę Jurka w NH, ale dowiedziałem się, że gór o tej właśnie nazwie w całych Stanach jest…15. Ponadto monument Waszyngtona w Waszyngotnie (sic!), oraz most Jurka łączący stany Nowy Jork i New Jersey (imponująca konstrukcja). Czy oni nie mają dość? Nazywają go ojcem Ameryki, ale o fakcie iż u schyłku życia posiadał 320 niewolników niechętnie piszą. Ach ta wybiórczość… Amerykanie w ogóle kochają swoich “ojców założycieli” (founding fathers), czyli twórców konstytucji. Nagminnie używają ich nazwisk, cytują ich słynne zwroty, pamiętają niewiarygodne szczegóły z ich życia. Przerażające są jednak dysproporcje w znajomości tych szczegółów, a znajomości ogólnych zarysów historii świata..