Rodzinnych i spokojnych
Kochani! To dopiero piąty wpis w tym roku, ale nie poddaję się, blog w końcu ruszy. Staram się poświęcać maksymalnie pisaniu doktoratu, dlatego nie mam za wiele czasu na blog, ale to się niebawem skończy. Zmieniłem wygląd, a to już duży krok do przodu ;-) Chciałbym życzyć Wam przede wszystkim spokojnych, rodzinnych i relaksujących świąt! Bez komercji, bez stresu, biegania i smutków! Może ktoś na ten blog jeszcze zagląda i te życzenia sobie przeczyta. Serdecznie Was pozdrawiam, do przeczytania!
W 48 godzin z Berlina do Bostonu
Ten wpis miał się pojawić na blogu 4 miesiące temu, kiedy historia naszego lotu z Europy do Stanów jeszcze we mnie wrzała. To był najgorszy lot z pośród wszystkich do tej pory, i wcale nie otrzymał tego miana na podstawie jakichś problemów technicznych w powietrzu. Zacznę od tego, że lot z Berlina do Bostonu, z przesiadką w Paryżu powinien trwać ok. 9-10 godzin, a skończyło się na 48-iu..
To był początek stycznia i akurat tej nocy, w której jechaliśmy od rodziny w Zielonej Górze do Berlina, nad zachodnią Polską i wschodnimi Niemcami szalała śnieżyca. Z Zielonej Góry wyjeżdżaliśmy ok. 4 nad ranem, samolot wylatywał z Berlina o 9:30. Ta trasa, w normalnych warunkach, powinna nam zająć nie więcej niż 4 godziny, więc mieliśmy pewien zapas czasu. Niestety, śnieżyca rozhulała się na dobre, zaskoczyła zielonogórskich drogowców i przejazd przez samo miasto był taneczny, dopiero na trasie zobaczyliśmy asfalt.. Jechaliśmy ostrożnie do granicy z Niemcami mając pewność, że niemieccy drogowcy nie zostali zaskoczeni i na autobahnie popędzimy lewym pasem prędko do celu. Po jakimś czasie okazało się, że drogowcy za miedzą faktycznie nie byli zaskoczeni, ale.. postanowili o 6 nad ranem zamknąć jeden z dwóch pasów i tam dopiero utknęliśmy na dobre, jadąc 30-tką za pługiem. Kiedy autostrada nareszcie otworzyła pełną gębę i mogliśmy nadrobić zaległości (GPS był w tych chwilach okrutny ze swoją prezycją czasu przyjazdu do celu), na mokre drogi wyjechało poranne towarzystwo zmierzające ku pracy w stolicy, no i utknęliśmy ponownie. Tego chyba nie da się opisać, do tego wszystkiego mój stres był spotęgowany potrzebą, której nie mogłem zrealizować będąc w korku i nie mając na to absolutnie czasu! Na lotnisko dojechaliśmy parę minut po 9-tej, byłem już przekonany, że na samolot się nie dostaniemy. Na domiar wszystkiego, zmarnowaliśmy kolejnych parę minut szukając odpowiedniej bramki. Suma sumarum, udało nam się zalogować i to chyba tylko dzięki temu, że samolot miał 30-minutowe spóźnienie. Kiedy oddaliśmy nasz bagaż dalej nie mogłem uwierzyć, że się udało.. Wtedy jednak nie miałem pojęcia, że nasza długa podróż dopiero się zaczęła…
Lot do Paryża odbył się bezproblemowo, ale już zaraz po lądowaniu zaczęły się cyrki.. Lotnisko Charles’a de Gaulle jest ogromne, ale moim zdaniem kiepsko zorganizowane. Mimo spóźnienia w Berlinie, wciąż mieliśmy 1.5 godziny na przesiadkę, ale samolot na przykład zmarnował 30 minut dojeżdżając z pasa startowego do terminalu! Następnie okazało się, że aby przejechać z tego miejsca do naszego terminalu, skąd odlatywał samolot do Newarku, musieliśmy odbyć odprawę celną i pojechać autobusem.. Kierowca autobusu, nie wiedzieć czemu, otwierał tylko jedne drzwi (pomimo próśb pasażerów o otwarcie pozostałych) i kiedy tłum ludzi z podręcznymi walizkami przepychał się do wyjścia, kolejne minuty uciekały.. Terminal okazał się potężny, ok. kilometra długości! Nasza bramka oczywiście nie była blisko, a Francuzi zdążyli nam zrobić jeszcze jedną kontrolę osobistą i bagażu. Byliśmy ostatnimi pasażerami wpuszczonymi na pokład, udało się..
Krótko po tym jak zajęliśmy bardzo dobre miejsca na pokładzie, zdjęliśmy buty, rozłożyliśmy się w błogim spokoju, wciąż nie wierząc, że nam się udało dostać na tem samolot. Wkrótce poinformowano nas, że z powodu warunków atmosferycznych mamy godzinne opóźnienie. Za oknem faktycznie było widać jak pada śnieg, ale to już nie była żadna śnieżyca, śniegu było może 2 centymetry na płycie. Miałem w ręku książkę, stewardessy podały nam napoje, było błogo. Wychodziliśmy z założenia, że skoro nas wpuścili na pokład, to przecież w końcu polecimy, a spóźnienie to już mniej istotna rzecz. Kiedy dobiegł końca czas spóźnienia, pilot poinformował nas, że załoga usuwa lód z pasa startowego i, że za 1-2 godziny polecimy. To już nas zaczęło trochę martwić, ale cóż, stewardessy podały obiad, wino, puścili film, znowu było błogo, mimo że od 4 godzin siedzieliśmy w samolocie, a samolot w terminalu jak kura na grzędzie. Niestety, po upływie kolejnych 30 minut pilot ogłosił, iż lot zostaje anulowany, a stewardessy poinformują nas co mamy robić dalej. Przez 10-15 minut ludzie siedzieli, pakowali podręczne bagaże, ale w sumie nikt nie wychodził, aż w końcu ktoś podłapał, że musimy opuścić pokład i załatwić sobie nowe bilety w terminalu…
Zmęczenie dawało nam się powoli odczuć, to już była godzina 18, a my od 3 nad ranem byliśmy na chodzie. Teraz do tego uczucia doszedł stres i przede wszystkim brak informacji. W owczym pędzie doszliśmy do dużego pomieszczenia z biurem obsługi klientów Air France. Jak się później dowiedzieliśmy, tego dnia anulowano 15 innych lotów zagranicznych – w tej jednej sali znalazło się ok. 2-3 tysięcy ludzi, z płaczącymi maluchami, krzyczącymi dziećmi i zmęczonymi ludźmi, którzy chcieli się jakoś stąd wydostać. Elena znalazła nowo otwartą kolejkę i już po 40 minutach byliśmy czwarci w kolejce do pracownika AF (kolejek było kilkanaście, w każdej po kilkadziesiąt osób). Czwarci w kolejce, ileż można czekać? Dwie godziny! Tyle czasu minęło, zanim mogliśmy cokolwiek załatwić, bo każdy pasażer przedstawiał całe grupy i każda osoba wymagała osobnej uwagi. Podczas tych dwóch godzin irytacja i zażenowanie sytuacją wzbierały się u wszystkich obecnych, dochodziło do wielu nieprzyjemnych sytuacji – nie stałeś tutaj, ja mam tylko jedno pytanie, to moje miejsce, itd…Ale najbardziej irytował nas fakt, że wg plotek nie było już miejsc w hotelach i może być bardzo ciężko znaleźć sobie miejsce na samolocie następnego dnia… Hotele faktycznie zostały już wypchane, ale miejsce na samolocie się dla nas znalazło. Tutaj zastanwia mnie tylko jeden fakt – anulowano 15 lotów, ale ani jednego nie stworzono, więc te 2-3 tysiące osób musiano gdzieś upchać! Jak to w ogóle możliwe? Nasz lot okazał się tym samym, którym mieliśmy polecieć tego dnia. Pozostało jedynie spędzić noc w terminalu…
Według zapewnień biura obsługi klienta, mieliśmy otrzymać koce, wodę, jedzenie, a sklepy na terminalu pozostaną otwarte dłużej. Okazało się, że za obiad miała nam wystarczyć kanapka i herbata, a śniadanie ciastko i herbata. Koce Elena gdzieś znalazła, wodę przypadkowo dostała od stewardessy innego lotu i tyle. Pozostało nam położyć się na wykładzinie, przykryć kocem i w taki właśnie sposób spędzić romantyczną noc w Paryżu.. Oczywiście rozważaliśmy wyjazd do miasta, ale było już bardz późno i byliśmy przemęczeni.
Następnego dnia okazało się, że nasz samolot jest spóźniony o 2 godziny.. W tym momencie to już nie miało wielkiego znaczenia, martwiliśmy się jedynie o to, czy w ogóle polecimy. Po kolejnej odprawie!! dostaliśmy się na pokład i samolot wystartował…. Już byłem skłonny przełknąć irytację i zapomnieć o wszystkim, kiedy z naszymi głowami podniosły się wrzaski(to ponoć był płacz, ale ja bym to zakwalifikował jako agonoalny krzyk) trzech rozpieszczonych maluchów. Bite 8 godzin albo jeden z nich ryczał jak wół, albo drugi kopał nasze siedzenia kolanami. W końcu zebrało mi się i powiedziałem parę słów, spodziewając się usłyszeć jedno “przepraszam”, choć jedno zadośćuczynienie… Francuska para przyjęła jednak moją skargę jako potwarz i stwierdzili, że robią wszystko co mogą, aby je uspokoić. Uwierzcie mi, ja takich małych drapieżników nie widziałem w całym życiu, a leciałem samolotem już wiele razy. Są sposoby, aby dziecko przynajmniej na 10 minut uspokoić! Nic to oczywiście nie pomogło i we wrzasku wylądowaliśmy w Newarku.
40 minut czekaliśmy na przyjazd bagażu, który Air France po prostu zgubił. Nie tylko nasz bagaż, ale wszystkich osób w naszej sytuacji (znaliśmy już parę osób, a niektóre po prostu rozpoznaliśmy), został w Paryżu. Mi jeszcze przytrafił się nieprzyjemny incydent z celnikami, którzy trzymali mnie pół godziny nie tłumacząc dlaczego (czułem się jak ubogie dziecko, które prosi o azyl..), bo chcieli sprawdzić czy ja faktycznie robię tutaj doktorat, taki kaprys. Trzeba było zgłosić zaginięcie bagażu, 50 minut czekania w kolejnej kolejce!!
Do Newarku przyjechał po nas mój wujek, w drodze do jego domu, gdzie stał nasz samochód, zaczął padać zamarzający deszcz, Amerykanie mówią na to burza lodowa… A tego dnia mieliśmy jechać prędko do Bostonu (ok 400km) i wrócić do naszych obowiązków. Nic z tego, ledwo wszedłem do domu, przewracając się dwa razy na podjeździe, tak było ślisko. Drzewa wyglądały jakby były zrobione ze szkła. Następnego dnia mogliśmy wyruszyć w drogę, choć z powodu kiepskich warunków jechaliśmy godzinę dłużej niż zwykle.
Uff, po 48 godzinach dotarliśmy do Bostonu. Dopiero tydzień (sic!) później nasze bagaże przywiózł kurier – sponiewierane i brudne, choć w komplecie i bez ubytków. Byliśmy już przekonani, że przepadły na dobre.. Choć opowieść zrobiła się bardzo długa, i tak pominąłem wiele szczegółów i osób, które spotkaliśmy na drodze. Po tym wszystkim doszliśmy do wniosku, że już nigdy więcej nie polecimy z Air France i z międzylądowaniem w Paryżu.
17.01.2009
Dzień naszego ślubu w Polsce zbliża się nieubłaganie, raptem dwa miesiące i dwa tygodnie. Co prawda to właśnie datę 20.06 będziemy traktować jako naszą datę ślubu, to jednak nigdy nie zapomnimy tego co miało miejsce 17.01 tego roku, czyli naszego ślubu cywilnego. Sama ceremonia trwała zaledwie dwie minuty! Muszę przyznać, że two to wyjątkowo krótka chwila jak na decyzję, która na zawsze zmienia nasze życie. Sędzia odczytał odpowiednie słowa z kartki, my wypowiedzieliśmy słowa przysięgi, założyliśmy obrączki i zostaliśmy ogłoszeni mężem i żoną. Nie było muzyki, nie było puenty, to po prostu miało miejsce. Doprawdy dziwne uczucie! Myślę, że ślub kościelny mimo wszystko daje człowiekowi przeżyć ten moment w zupełnie inny sposób, nawet gdyby nie był on związany z bogiem. Oczywiście, nasza wizyta w urzędzie miasta Niskayuna (z którego pochodzi Elena) nie trwała 2 minuty, a przynajmniej 45 minut, ponieważ urządziliśmy tam małą sesję zdjęciową.
Po ceremoni ślubnej pojechaliśmy do pobliskiej restauracji, gdzie oprócz obiadu zjedliśmy również tort. Było bardzo miło, ale przez większość czasu miałem wrażenie, że to jakiś sen, że to nie ja jestem aktorem w roli głównej ;-) Od tego dnia minęło już 2.5 miesiąca, a my wciąż przyzwyczajamy się do mówienia o sobie mąż i żona. I bardzo dobrze, bo chcemy jak najwięcej wrażeń zostawić na czerwiec. Poniżej parę fotek z tego dnia, szczególnie polecam pokaz slajdów.
Nowe miejsce
Witam w nowej domenie! Mam nadzieję, że to już ostatnia lokalizacja tego bloga, mam zamiar być w posiadaniu moskali.org przez długi czas ;-) Niebawem zacznę znowu blogować, jest sporo do napisania, począwszy od naszego lotu z Polski do Stanów na początku stycznia ;-)
Kiedy Amerykanka wychodzi za Polaka…
Już tydzień minął od naszego krótkiego pobytu w Polsce, choć w pewnym sensie czuję się jakby wyjazd wciąż trwał (o tym w następnym poście). Jak zwykle grafik był napięty, choć tym razem oprócz świąteczno-noworocznych spotkań doszły sprawy organizacyjne dotyczące naszego wesela. Przygotowaliśmy się przede wszystkim na batalię z Kościołem, ponieważ Elena jest baptystą, a nie katolikiem. W Polsce większość ludzi początkowo kojarzy kościół baptystyczny z jakąś sektą, a to przecież jedynie kościół protestancki. Tak czy inaczej, po dwóch wizytach w parafii okazało się, że nie będzie większego problemu ze ślubem kościelnym. Dopięliśmy zatem sprawy imprezy, zespołu, fotografa, video, zaproszeń, itd, itd.. W drugim tygodniu, kiedy myśleliśmy, że temat wesela powoli się zamyka, udaliśmy się do Urzędu Stanu Cywilnego, aby upewnić się, że nie będzie problemu w sprawach formalnych. No i tu spotkało nas wielkie zaskoczenie..
Polski USC wymaga od Eleny przedstawienia dokumentu, którego Elena nie może dostać, ponieważ Stany Zjednoczone takiego nie wydają, a co najbardziej paradoksalne, USC o tym dobrze wie! Ale o wszystkim po kolei.. Aby wziąć ślub cywilny (lub konkordatowy) w Polsce, wymagane są dwa dokumenty – akt urodzenia oraz pozwolenie na zawarcie związku małżeńskiego. W moim przypadku nie ma z tym żadnego problemu, ponieważ USC sprawdza w rejestrze czy byłem już kiedyś żonaty, wyciąga akt urodzenia i po skasowaniu 60zł wydaje oba dokumenty, z czego ten drugi jest ważny przez 60 dni. W przypadku Eleny akt urodzenia nie jest problemem, ale pozwolenie na zawarcie związku jest już dużą przeszkodą. W Stanach nie ma USC, związki małżeńskie zawiera się po okazaniu aktu urodzenia oraz złożeniu przysięgi, że jest się stanu wolnego – żaden urząd nie posiada krajowego rejestru małżeństw. Urzędy miast wydają pozwolenia na zawarcie związku małżeńskiego, które jest ważne tylko w danym stanie, np. California nie uznaje pozwolenia z Nevady, trzeba je wyrobić w Californii. Jakie to ma znaczenie? Takie, że Elena nie może przedstawić pozwolenia o skali federalnej – chyba, że załatwiłaby 50 takich dokumentów, po jednym z każdego stanu… Polski USC dobrze o tym wie, nawet opublikował książeczkę dla urzędników, w której wyliczone są państwa, które nie wydają odpowiedniego pozwolenia. Jaka jest zatem procedura? Należy udać się do sądu rodzinnego, założyć sprawę i prosić sąd o zniesienie takiego wymogu…
Zadzwoniłem do sądu rodzinnego w Lesznie.. nie ma sędziów, najwcześniej można rozpocząć proces za dwa tygodnie, potem w sądzie muszą pojawić się strony, sąd rodzinny rozpatrzy sprawę i jak wyda werdykt, trzeba czekać 3 tygodnie na jego uprawomocnienie. Elena oczywiście nie może być w tym czasie w Lesznie – musi mieć pełnomocnictwo. Według polskiego prawa pełnomocnikiem może być najbliższa rodzina, lub prawnik – czyli w jej przypadku byłby to prawnik. Aby sąd rodzinny pozytywnie rozpatrzył nasz wniosek, musielibyśmy załatwić prawo do zawarcia związku w Stanach i razem z aktem urodzenia przetłumaczyć u tłumacza przysięgłego. Następnie sąd rodzinny skontaktowałby się z ambasadą USA i dowiedział jakie prawo obowiązuje w stanie, w którym wydane zostało pozwolenie. Znajomy prawnik miał podobną sprawę z obywatelem Ukrainy – sądowi zajęło to 2 miesiące! Oczywiście za wszystkie usługi – adwokackie, sądowe, tłumaczenia trzeba płacić. Co najgorsza, nie ma tak naprawdę gwarancji, że sąd pozytywnie rozpatrzy sprawę.
Jakby udało nam się załatwić zwolnienie z sądu, Elena i ja oraz tłumacz przysięgły musielibyśmy stawić się w USC i podpisać kolejny dokument. I dopiero wtedy można byłoby zawrzeć związek małżeński w Polsce. Mamy za wiele do zaryzykowania w tym wypadku, bo jeżeli nie zostanie to załatwione na czas, nasz ślub nie mógłby się odbyć, bo Kościół nie odprawi już jedynie ślubu kościelnego – może być albo konkordatowy, albo kościelny po cywilnym. W takim układzie doszliśmy do wniosku, że trzeba wziąć cywilny ślub w Stanach i w Polsce tylko kościelny.
W urzędzie miasta Niskayuna w stanie Nowy Jork, z którego pochodzi Elena, 25 minut zajęło nam wydrukowanie odpisu aktu urodzenia Eleny, wystawienie pozwolenia na zawarcie związku małżeńskiego oraz ustanowienie daty ślubu cywilnego (17 stycznia). Urzędniczka jedynie poprosiła mnie o amerykańskie prawo jazdy oraz akt urodzenia i jego tłumaczenie – myślę, że nie musiało być nawet od przysięgłego. Oba dokumenty zabrałem ze sobą, żaden z nich nie musiał pozostać w urzędzie. W stanie Nowy Jork od wystawienia pozwolenia trzeba odczekać 24 godziny na zawarcie związku, w New Jersey tydzień, a w Nevadzie wcale – dzięki temu np. w Las Vegas można się ożenić ekspresowo, przejeżdżając przez Drive-Thru Chapel..
Ta biurokratyczna beznadzieja pokazuje, że każdy system ma swoje bolączki. A przy okazji tutaj dobrze widać na jakiej zasadzie funkcjonują poszczególne stany w USA – to są naprawdę autonomiczne jednostki, w wielu sprawach. Dzięki temu, że tak funkcjonuje tutaj prawo w zakresie małżeństwa, teoretycznie można byłoby mieć 50 żon – za to oczywiście grozi więzienie, ale nie jest oczywiste, kiedy ktoś się o tym dowie. Ciekawe sytuacje mają również miejsce, kiedy pewne rzeczy są legalne w jednym stanie, a w drugim już nie. Na przykład w Massachusetts homoseksualiści mogą zawrzeć związek małżeński, a w Ohio już nie. Ponieważ jednak każde małżeństwo jest uznawane przez wszystkie stany, Bolek i Lolek z Bostonu są traktowani jako małżeństwo również w Ohio.. Swoją drogą, takiej autonomii na pewno nie będą miały państwa członkowskie UE po ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Im dłużej mieszkam w Stanach tym bardziej doceniam podział prawa na stanowe i federalne, mimo iż czasami wydaje się ono bardzo śmieszne :-)
Wujek Sam organizuje wesele
Dwa tygodnie temu miałem przyjemność pojechać na wesele kuzyna Eleny, które miało miejsce w Południowej Karolinie. Po prawie 14-godzinnej jeździe i przejechaniu 1400km dojechaliśmy do celu. Kierowaliśmy na zmianę z Eleną i muszę przyznać, że nawet kierowanie naszą Toyotą może w pewnym momencie (aczkolwiek tylko tymczasowo) obrzydnąć.. Przejechanie tak długiego odcinka, wbrew pozorom, ma jakieś zalety nad pokonaniem go samolotem. Na przykład można zaobserwować jak liście “rosną” w oczach – w Bostonie drzewa nagie, a w Pd. Karolinie jeszcze całkiem zielone.
Nie przypominam sobie, abym wcześniej pisał o tym jak przebiega amerykańskie wesele, które znacznie różni się od polskiego. Mam teraz świeże doświadczenie w tej materii, a więc przejdźmy do tematu. Przede wszystkim rozpoczyna się na dzień przed ślubem (pomijając wieczory panieńskie i kawalerskie). W tymże dniu, w godzinach porannych odbywa się tzw. “bridal shower“, czyli przyjęcie ślubne dla panny młodej i wszystkich innych kobiet zaproszonych na wesele, często organizowane jako niespodzianka przez druhny (“bridesmaid”), których z reguły jest troje, choć może ich być więcej. Na tym przyjęciu nie byłem, więc trudno mi powiedzieć coś więcej niż to, że panna młoda dostaje jakieś prezenty, kobiety piją kawę, robią zdjęcia, rozmawiają i po dwóch godzinach impreza się kończy. Po południu tego samego dnia odbywa się tzw. “wedding rehearsal“, czyli próba generalna ślubu. Para młoda oraz wszyscy świadkowie (3+ druhny i 3+ drużbowie) zbierają się w miejscu, gdzie odbędzie się ślub (w naszym przypadku była to altanka w środku parku). Wszyscy odgrywają swoje role i po temacie.. Wieczorem rodzice organizują “rehearsal dinner“, czyli kolację po próbie, na którą z reguły zaproszona jest jedynie najbliższa rodzina. Pije się alkohol i biesiaduje, ale nie tańczy. Ma to na celu zapoznanie się z innymi gośćmi.
W dniu ślubu wszystko rozpoczyna się od .. ślubu. Przy ołtarzu/urzędniku miejskim (w małych miasteczkach jest to często sam burmistrz!) oczekuje pan młody i jego drużbowie, wszyscy ubrani w identyczne garnitury. Najpierw z daleka, w odstępach czasu, przy ładnej muzyce i z wielkim przejęciem (tak jakby to one wychodziły za mąż ;-), podchodzą druhny. One są również identycznie ubrane, ale koniecznie nie na biało, o ich ubiorze zdaje się decyduje panna młoda. Następnie, przy marszu weselnym, podchodzi panna młoda i rozpoczyna się ceremonia ślubna. Wiele par decyduje się tutaj na kompozycję własnej przysięgi ślubnej, wyciągają więc kartki i przyrzekają sobie piękne rzeczy, często odwołują się do spraw osobistych. Obrączki na palcach, pocałunek, zdjęcia i, panna i pan stają się państwem. Eleny kuzyn miał ślub cywilny i cała ceremonia trwała bardzo krótko, może 20 minut. Miła pani z urzędu powiedziała wiążące słowa “I now pronounce you husband and wife” i podniósł się grom oklasków.
Następnie goście udają się do miejsca, gdzie odbędzie się wesele. Często w tym momencie para młoda udaje się na sesję zdjęciową, a goście oczekują ich w specjalnym pomieszczeniu, gdzie znajdują się przekąski. W końcu młodzi docierają na miejsce, tańczą pierwszy taniec i zasiadają do stołu. Wesele amerykańskie trwa krótko, przeważnie do 22, za kolejne godziny płaci się bardzo słono, a niekiedy nawet nie jest to możliwe. Goście bardzo mało tańczą, praktycznie tylko wtedy, kiedy można tańczyć w grupie, samodzielnie (np. Macarena, albo YMCA..). Często nie ma wodzireja i muzyka leci ze sprzętu. Na stołach nie ma alkoholu, podchodzi się do baru (ewentualnie zostawia małe napiwki) i zamawia drinki. Jedzenie podaje się raz, a ze zwyczajów znanym mi z Polski były tylko dwa – odpowiednik “gorzko” i oczepiny. Oczepiny są nieco inne, bo pani młoda rzuca pannom bukiet, a pan młody rzuca kawalerom podwiązkę pani młodej ;-) Niekiedy wybrany kawaler wkłada tę podwiązkę na nogę tej panny, która złapała bukiet. Nie ma tu jednak zwyczaju, że oczepiny odbywają się o północy.
W moim odczuciu organizacja wesela w Stanach skupia się na wielu (dla mnie) zupełnie nieistotnych sprawach, co niestety podnosi również koszta tej imprezy. Goście otrzymują zaproszenia na wesele, na przyjęcie ślubne, na kolację po próbie, dostają drobne prezenty przy stołach, w hotelu.. Tych oficjalnych drobiazgów jest od zatrzęsienia, a same przyjęcie weselne nie jest zabawą, którą się pamięta latami. Tutejsze wesela swoją formą grubo przerastają treść. Przeraża również ich koszt – wg Wikipedii wynosi on średnio $28,000! Niektórzy biorą kredyt, aby je sfinansować – to jest dopiero początek nowej drogi życiowej! Z tego co zauważyłem, polskie wesele zmienia swoje oblicze, mam jednak nadzieję, że nigdy nie będzie wyglądać tak jak tutaj. Oczywiście nie każdy musi przepadać za rosołem, litrami wódki i całowaniem wszystkich wujków i cioci, ale jednak pewne zwyczaje weselne czynią ten dzień wyjątkowym.
Sunshine State
Tydzień temu polecieliśmy z Eleną na Florydę, ponieważ blisko Orlando, w Lake Buena Vista, odbywała się konferencja RuleML, na której miałem publikację i musiałem tam być, aby wygłosić prezentację. Koszta podróży pokryła za mnie uczelnia, także skorzystaliśmy z Eleną z okazji, aby zwiedzić Florydę. Zawsze chciałem pojechać w ciepłe miejsce wyjeżdżając w płaszczu zimowym i miałem dużą nadzieję, że Floryda przywita nas gorącym upałem. Niestety, upału nie było, ale było ciepło, tak jak pod koniec lata – okazało się, że akurat przeszedł zimny front powietrza. To było w środę, od piątku było już jednak upalnie i udało nam się nawet opalić, muszę przyznać, że to bardzo dziwne uczucie wygrzewać się na słońcu na początku listopada..
Konferencja była udana, prezentacja była dobrze przyjęta, poznałem wielu ludzi, nasłuchałem się wielu mądrych rzeczy i po dwóch dniach miałem dość. Nasz hotel znajdował się w samym centrum Disneyworld’u, ale to nas nie interesowało.. Jak tylko przyjechaliśmy do hotelu, pojechaliśmy do parku Seaworld, gdzie można zobaczyć np. delfiny, orki, żółwie morskie, białuchy, manaty, niedźwiedzie polarne, płaszczki, pingwiny, czy maskonury. Nie było to jednak zoo, ale park rozrywki i na miejscu można było oglądać różne przedstawienia. To, co artyści wyczyniali z delfinami i orkami po prostu nie mieściło się w mojej wyobraźni. Przez większość czasu niedowierzałem temu, co widziałem na własne oczy, delfiny i orki zachowywały się momentami tak, jak ludzie. Nagraliśmy parę filmów i mam nadzieję, że niebawem uda mi się je tutaj wrzucić. Poniżej parę fotek z Seaworld:
- Kobita i Delfin
- Serfing na delfinach
- Największy wodny drapieżnik bawi się przed ludźmi
- Raz w wodzie, raz poza
- Skaczące dzikie delfiny
- Po zachodzie słońca w Naples, FL
- Aligaton na poboczu
- Grupa małych aligatorów
- Tuż po zachodzie, na plaży.
- Pospolita ulica w Naples, FL
W sobotę pojechaliśmy na południe półwyspu, gdzie znajduje się przepiękny park narodowy Everglades. Po drodze widzieliśmy plantacje pomarańczy i muszę przyznać, że byłem zawiedziony, bo wyglądały jak zwykłe jabłonie :/ Po dojechaniu do parku kupiliśmy bilety na wycieczkę łajbą po parku – do Everglades w tym miejscu można tylko wpłynąć. Oprócz kilkudziesięciu wyjątkowych ptaków, zobaczyliśmy grupę ok. 20 dzikich delfinów. Przez pół godziny dryfowaliśmy obok nich i próbowaliśmy zrobić dobre zdjęcia, aż w końcu szef uruchomił silnik i odpłynęliśmy, kiedy się okazało, że delfiny podążają za nami i skaczą w wodzie tuż za nami, tak jakby chciały się bawić nurtem wody wytworzonym przez silnik. To był niesamowity widok, bo nikt nam tego nie gwarantował, to było zupełnie spontaniczne.
W niedzielę pojechaliśmy do innej części Everglades, zwanej Shark Valley, gdzie pożyczyliśmy rowery i przejechaliśmy się wśród bagien, gdzie widzieliśmy kilkanaście aligatorów. Smieszne zwierzęta, potrafią leżeć nieruchomo przez bardzo długi czas, aby w pewnym momencie gwałtownie się ruszyć. Widzieliśmy jak jeden aligator zjadł.. żółwia. Według strażników aligatory jedzą wszystko co się rusza.. Właśnie dlatego mieliśmy rowery i nie chodziliśmy pieszo ;-)
Sobotni wieczór i niedzielne popołudnie spędziliśmy na plaży w Naples, na zachodnim brzegu Florydy. Woda była całkiem ciepła, można się było śmiało kąpać, temperatura powietrza ok. 28 stopni. Cały czas nie chciało mi się wierzyć, że to początek listopada.. W samym mieście przeważają emeryci, którzy nie mają zamiaru odśnieżać podjazdów i 6 miesięcy w roku spędzają na Florydzie. W tym okresie było bardzo mało turystów, sezon zaczyna się dzień po Bożym Narodzeniu. Wszystko poprzekręcane…
Parki Narodowe USA: Yellowstone
Jak już wspominałem wcześniej, w te wakacje odbyliśmy wspaniałą podróż po zachodniej części USA, głównie odwiedzając parki narodowe. Aby nie marnować czasu, polecieliśmy do Salt Lake City, a stamtąd wypożyczonym samochodem wyruszyliśmy w podróż przez Utah, Idaho do stanu Montana, na samej granicy z Wyoming, gdzie mieści się największy park w USA, Yellowstone. Jest większy od stanów Rhode Island i Dellaware razem wziętych, przez trzy dni zrobiliśmy ok 800km w samym parku! Rocznie odwiedza go ponad 3 miliony turystów, ale dzięki ogromnej powierzchni nie odczuwa się natłoku turystów – przeważnie.
Yellowstone to właściwie jeden wielki drzemiący wulkan, ma bardzo zróżnicowany krajobraz – tereny górzyste, jeziora, rzeki, piękny kanion i wielkie gejzery. Same gejzery to wielka atrakcja – nie ma drugiego miejsca na Ziemii, gdzie znajduje się ich tyle w jednym miejscu – jest ich tam ponad 500! Dla wielu ludzi jednak największą atrakcją Yellowstone są dzikie zwierzęta – jest ich mnóstwo i bardzo często poruszają się przy drogach, lub nawet między ludźmi. Można tam spotkać bizony, łosie, jelenie, wapiti, wilki, niedźwiedzie brunatne, grizzli i wiele innych. Z wyżej wmienionych nie udało nam się spotkać jedynie łosia i wilka, a bizonów i wapiti naoglądaliśmy się wiele razy z bliska. Przeważnie wiedzieliśmy, że przy drodze jest jakaś zwierzyna, bo ludzie natychmiast parkowali na poboczu i pytali się co widać. Kiedy ktoś widział niedźwiedzia, ludzie nieomal zostawiali samochody na środku drogi i biegli z aparatami w las, istne szaleństwo.
W miejscach, gdzie można było dojechać samochodem i była jakaś szczególna atrakcja, ludzi było bardzo dużo, ale na szlakach przeważnie było pusto, więc można było obcować z przyrodą, a nie z tłumem ludzi. Ta zasada miała miejsce praktycznie w każdym parku – Amerykanie, zdaje się, wolą dojechać niż dojść. Na szlakach zresztą większość stanowili obcokrajowcy, słyszeliśmy częściej francuski i włoski, niż angielski.
Więcej odnośnie parku znajdziecie pod każdym zdjęciem, choć i tak ciężko ująć Yellowstone słowami i zdjęciami – wiele razy mówiliśmy sobie, że żaden aparat i żadna kamera nie odda tego co widzieliśmy, tam po prostu trzeba pojechać. Poniżej zebrałem ok 20 zdjęć, które mimo wszystko pokazują ogromną różnorodność krajobrazu Yellowstone.
- Takim pięknym Wapiti przywitał nas park
- Krajobraz zachodniej części Yellowstone
- Ludzie błyskawicznie zjawiali się, aby zobaczyć misia
- Gejzer Old Faithul (Stary Wierny)
- Bizon spaceruje tuż obok Old Faithful
- Bizon przy drodze
- Wapiti na tle gejzerów
- Widok z góry Washburn
- Szczyt Washburn
- Canyon Village
- Szlak Wujka Toma
- Artist Point
- Norris Geyser Basin
- Mammoth Hot Springs Terraces
- Grand Prismatic Spring
- Okolice West Thumb
- Bizon przy drodze
- Jezioro Yellowstone
Do Was
W końcu zebrałem się w sobie i wrzuciłem parę fotek i tekstu do bloga, teraz powinno to już jakoś się potoczyć. Muszę przyznać, że mimo wszystko blog spełniał swoje zadanie i większość ludzi, z którymi później rozmawiałem telefonicznie wiedziała o zmianach w moim życiu. Od czasu jak na blogu zapanowała nikczemna cisza, mam wrażenie, że rodzina i znajomi nie mają pojęcia o tym co się dzieje w moim życiu.
Wordpress wprowadził parę nowości do swojego silnika blogów. Zobaczmy jak to działa!
Neon zgasł.
Jak już wcześniej, co prawda telegraficznie, wspominałem, Neon odmówił nam usług. Po włożeniu w niego kolejnych pieniędzy, automatyczna skrzynia przestała.. zmieniać biegi – na pierwszym biegu daleko nie zajechałem.. Tym razem nawet do mechanika się nie pofatygowałem, bo w tym momencie było już jasne, że nie ma sensu respirować Neona. Przez dwa dni miałem fatalny nastrój, nie spodziewałem się, że te sprawy mogą tak mnie zdołować. Coż, długo mnie troski nie nękały, bo postanowiliśmy kupić zupełnie nowy samochód. Po wielu miesiącach zmagań z mechanikami i stresem przy każdym większym wyjeździe, byłem naprawdę zdeterminowany, aby kupić nowe auto. Zdecydowaliśmy się na Corollę 2009, kredyt na pięć lat – tym samym nasze narzeczeństwo nabrało jeszcze innego znaczenia :-) Prawie 4 i pół godziny spędziliśmy u dealera, byliśmy wykończeni po negocjacjach, ale było warto. Dealer wziął Neona za $900, a z ceną Corolli zszedł o 3 tysiące, dodatkowo otrzymaliśmy elektryczne szyby, zamek, klucz bezprzewodowy i zmieniarkę na 6 płyt, czego wcześniej nie chcieliśmy aby płacić mniej. Aby się upewnić, że mamy dobrą cenę, poszliśmy (dosłownie) do innego dealera Toyoty w okolicy, który nam powiedział, że jak mamy tak niską cenę, to mamy jechać i kupować go od razu, bo to jest cena po kosztach. I tak, od 25 czerwca przemieszczamy się w zupełnie innym wymiarze.. Teraz tylko trzeba zimę przejechać i jakoś mnie nie cieszy codzienne odśnieżanie samochodu i jeżdżenie na słonych drogach. Trudno, co robić.
- Ostatni raz kiedy widziałem Neona.
- Elena jako pierwsza miała przyjemność usiąść za kierownicą Corolli.
- Flavio pokazuje mi wszystkie fajerwerki.
- Corolla na wolności, w naszych rękach.





























